Miasto mnie przytłacza. Co krok to wybuch. Wybuch kolorów, świateł, dźwięków, ludzi - cytując Bisza, lubię osoby lecz nie lubię ludzi. Co krok to inna emocja. Warszawa tętni, ale zdecydowanie nie życiem. Ciągły przepływ. Nadmiar. Odczuwam to szczególnie teraz, wracając o 16 z pracy. Przytłacza mnie ilość. Niezależnie od kierunku w który patrzę. Odczuwam genialny kontrast. Pomiędzy niedzielnym porankiem o 6, śpiącą wsią, rosą na trawie, spokojnym niebem, ciszą. Z drugiej strony jest hałas przeplatanych się rozmów. Kumulacja ludzi i ich historii. Pogoń. Wspominam wakacyjne wyjazdy do domu rodzinnego mojej mamy. Wyjazdy na zakupy do miasta były nieznośnym wyrwaniem z dobrego snu. Obecne powroty do miasta do najmilszych nie należą. I choć na co dzień mieszkam spokojnie, mam za oknem las (to wciąż Warszawa!), wystarczy tylko przejechać przez centrum by mój mózg wołał o przerwę. Ten nadmiar wszystkiego wyczerpuje. Dlatego szkolnych czasów nie wspominam dobrze i opuszczałam lekcje tak często jak się dało. Tu dochodzi też kwestia schematów, trochę szufladek, niespełnionych oczekiwań i za wysokich poprzeczek.
*powrót do domu. Kuba. Kajtuś. Dywan i odpoczynek. Naleśniki. Zmęczenie i niechęć do wyjścia gdziekolwiek, więc...
*... Czym prędzej wychodzę! Na grupę biblijną dla kobiet. Po całym dniu najpełniej odpoczniesz przy Bogu. Duch się regeneruje! Nawet ciało ma więcej energii. Ale czas wracać do domu bo jutro rano czeka mnie praca, czyli lecę...
*...na imprezkę urodzinową! W poniedziałek o 21 :D Bo trzeba się razem cieszyć i świętować!
I ostatecznie w domu jestem po 23, piję herbatkę, rzucam kotu ołówek (aportuje do znudzenia) i myślę o tym, że za mną dobry dzień!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz